stadnina koni żarnowo

WSPOMIENIA

Żarnowo to idealne miejsce do wypoczynku po dziesięciu miesiącach intensywnej pracy. Najlepiej wie o tym młodzież, która już od najmłodszych lat przyjeżdża tutaj, by cieszyć się urokami wsi. Miękki dywan zielonych łąk haftowany barwnymi kwiatami, morza pól mieniące się złotym zbożem, majestatyczne drzewa schylające swe sędziwe ramiona nad zmęczonym drogą wędrowcem i czarny pas lasów odznaczający się wyraźną wstęgą na błękitnym płaszczu nieba, zachwycają kolejne pokolenia młodych wczasowiczów. Do tego jeszcze należy dodać możliwość rozkoszowania się jazdą na koniach i wiele innych atrakcji.
Przygodę, którą najlepiej zapamiętałam z całego obozu, był rajd nocny. Już sama nazwa pobudza wyobraźnię, która zaczyna pracować na najwyższych obrotach. Zwłaszcza wtedy, gdy zapada zmrok i trzeba wychodzić z domu...
Wyruszyliśmy około godziny dwudziestej drugiej. Trzymając się za ręce maszerowaliśmy żwirową drogą. Zaczęliśmy śpiewać i z piosenką na ustach dotarliśmy do puszczy. Las, który zawsze wydawał nam się jasny i przyjazny, teraz otwierał przed nami swe ciemne wrota do mrocznej i strasznej krainy.
Podzieliliśmy się na dwie grupy. Każda ruszyła w inną stronę. Marysia kapitan mojego zespołu, poprowadziła nas wąską ścieżką między drzewami. Wypatrywaliśmy poprzyczepianych do pni karteczek z zadaniami. Pierwszą znaleźliśmy na pobliskiej sośnie. Musiałyśmy powiedzieć, w jaki sposób można wyznaczyć kierunki świata. Głowiliśmy się nad tym dobre pół godziny. Wspólnymi siłami dałyśmy sobie radę. Kolejne polecenia stały się dla nas źródłem wspaniałej zabawy. Układałyśmy wierszyki dla naszej chorej koleżanki, zgadywałyśmy ile czasu trwa ciąża świni, opisywałyśmy rodeo i plotłyśmy koszyki z trawy. Naprawdę miło upłynął nam czas!
Nie obyło się także bez chwili strachu. Gdy przedzierałyśmy się przez leśny gąszcz, spostrzegłyśmy w krzakach jakiś samochód. Miał wyłączone światła i wyglądał na opuszczony. A kto mógł zostawić auto w środku lasu? I to w dodatku w nocy? - zastanawiałyśmy się- Czyżby to był jakiś złodziej? A może morderca albo porywacz? Dreszcz przebiegł nam po plecach. Cichutko i ostrożnie podeszłyśmy bliżej tajemniczego pojazdu i ujrzałyśmy... Naszą panią wychowawczynie! Wszystkie odetchnęłyśmy z ulgą.
W drodze powrotnej podziwiałyśmy atramentowe niebo upstrzone brylantowymi gwiazdami. Mimo iż położyłyśmy się spać nad ranem, byłyśmy zadowolone i pełne wrażeń. Nocny rajd jeszcze bardziej umocnił nas w postanowieniu, że wrócimy do Żarnowa za rok.

Agnieszka Jaranowska


augustów


Do Żarnowa przyjeżdżam już od 3 lat i nie zanosi się na to, abym przestała. Każdemu przyjazdowi towarzyszy radosne bicie serca, a wyjazdowi łzy w oczach. To miejsce działa jak narkotyk - im częściej przyjeżdżasz, tym dłużej chcesz tam być.
Jak przez mgłę pamiętam moje pierwsze spędzone w Żarnowie wakacje. Towarzyszyła mi moja przyjaciółka Kaśka. Obie nie miałyśmy zielonego pojęcia o jeździectwie, jeździectwie pojęcia takie jak: anglezowanie, tybinka czy puślisko brzmiały równie tajemniczo, co nazwy afrykańskich plemion.
Podobno początki są trudne - to powiedzenie nie sprawdziło się w naszym przypadku. Wprost rozsadzały nas entuzjazm i energia. Pierwszy kłus, galop, teren, to wszystko było dla nas tak nowe i niezwykłe. Razem z Kaśką szybko zadomowiłyśmy się w Żarnowie. Wsiąkłyśmy w atmosferę obozu. Chętnie pomagałyśmy przy koniach i uczyłyśmy się nowych rzeczy. Polubiłyśmy też innych obozowiczów z niektórymi z nich do dzisiaj łączą nas więzi przyjaźni. Bardzo sympatyczna okazała się nasza instruktorka - pani Agnieszka, która na padoku wydawała się niezwykle groźna. Nasza nieznajomość okolicy okazała się zgubna, gdy podczas gry terenowej w lesie wybrałyśmy złą drogę i weszłyśmy w gniazdo dzikich pszczół.
Już na tych pierwszych wakacjach pokochałam szczególnie jednego konika - gniadą klacz o imieniu Korweta. To właśnie z nią wiąże się najwięcej moich konnych wspomnień. Niestety tym roku musiałam się z nią pożegnać, została sprzedana. I chociaż bardzo się starałam nie udało mi się opanować łez, gdy dotarło do mnie, że jej wyjazd jest nieunikniony.
Drugim razem odwiedziłam Żarnowo na zimowisku w 2001 roku. Mimo, że mrozy doskwierały nam strasznie, a palce odmawiały posłuszeństwa przy podciąganiu popręgu, jak najwięcej czasu staraliśmy się spędzić na końskim grzbiecie. Dni mijały szybko i wesoło. W czasie "wolnym od koni" zajmowaliśmy się robieniem sobie kawałów np. budzeniem innych w środku nocy i dowiadywaniem się gdzie położyli kluczyki do ciągnika. Tak to bywa na obozach.
Na następne wakacje przyjechałam nie na dwa tygodnie, jak za pierwszym razem, lecz na cały miesiąc. Spotkałam starych znajomych poznałam nowych. Tym razem to nie ja byłam "ofiarą" chrztu obozowego. Ja byłam "oprawcą". Z satysfakcją i miną znawcy uczyłam tych zupełnie "zielonych" tego, czego ja nauczyłam się zaledwie przed rokiem. Chętnie niemal codziennie wykorzystywałam możliwość wyjazdu w teren. Trasy nauczyłam się na pamięć i dobrze poznałam las. Dzięki temu nie miałam trudności z odnalezieniem właściwej drogi na kolejnych grach terenowych. Tym razem nowością był dla mnie teren dwugodzinny i towarzyszący mu galop po wodzie, na który pojechałam na swojej ukochanej Korwecie.
Mój kolejny przyjazd do Żarnowa był możliwy dopiero po 9 miesiącach. W stadninie zorganizowana została impreza z okazji Dnia Dziecka. Główną jej atrakcją były zawody, w których moja przyjaciółka Marysia zajęła drugie miejsce. Przygotowaliśmy też pokaz naszych umiejętności jeździeckich. Wypadł on ..., ale i tak wszystkim się podobało!
Trzecie wakacje minęły jeszcze szybciej niż poprzednie. Od wyjazdów w teren wolałam ćwiczenie na padoku. Przecież uczyliśmy się skakać! Jak zwykle żyło nam się wesoło, czasem aż nazbyt... Ktoś zbił żyrandol, ktoś połamał łóżko... Gorszym dniom towarzyszyły lepsze. Wiara we własne siły i umiejętności jeździeckie załamywała się i wzrastała na nowo. Jednak zawsze w trudnych chwilach znajdowaliśmy oparcie w przyjaciołach obozu i pani Agnieszce. Wszystkie swoje sekrety i zmartwienia mogliśmy też powierzyć ukochanemu konikowi.
Ogromnym przeżyciem był kończący obóz całodniowy rajd, który jest jak na razie największą moją końską przygodą. Entuzjazm od samego początku udzielił się zarówno jeźdźcom jak i koniom. Mieliśmy okazję w pełni podziwiać piękno Puszczy Augustowskiej i jedynego w Polsce szlaku konnego. Nauczyliśmy się kłusować w szyku trójkowym i galopować w parach. Mieliśmy też różne przygody. Uciekaliśmy przed bojowo nastawionym ogierem, który okazał się klaczą broniącą krów. Na noclegi zatrzymywaliśmy się w leśniczówkach. Jednego razu udało nam się nawet usłyszeć rykowisko jeleni. W 3 dni przebyliśmy ok. 140 km, co uprawniło nas do otrzymania Srebrnego Kamienia Milowego - odznaki jeździeckiej. Ten czas, spędzony niemalże w zupełności na grzbiecie Korwety, zapamiętam do końca życia.
Ostatnie zimowisko i tydzień wakacji w czerwcu także dostarczyły mi nowych doświadczeń. Wśród nich wyróżnia się nocny teren z pochodniami. Zupełnie jak w średniowieczu.
Żarnowo od czasu mojego pierwszego przyjazdu bardzo się zmieniło, jednakże zachowało swój unikalny charakter. Niedawno został otwarty cross, który jest teraz główną atrakcją dla bardziej zaawansowanych jeźdźców. Każdy, kto przyjedzie do stadniny i będzie umiał wejść w atmosferę obozu pokocha to miejsce. I chociaż te wakacje czegoś mi tu brakowało, bawiłam się świetnie. Mam nadzieję, że pustkę, jaką pozostawiła po sobie Korweta zajmie wkrótce jakiś inny wspaniały wierzchowiec. Jednak ona zawsze będzie miała miejsce w moim sercu.


puszcza augustowska


Karolina Rossa

  powrót góra  
Copyright © IQLabs sp. z o.o.